_MG_3364_mini

Kiedy mówię „Jestem tłumaczem”, wszyscy pytają: „Przysięgłym?”. Kiedy zaprzeczam, widzę szczery zawód.  Na szczęście zawód ten znika już po chwili kiedy dodaję „…konferencyjnym”. Mówiąc prościej, siedzę w tej budce (choć sam nazywam ją kabiną tłumaczeniową) za audytorium, słucham po polsku, a mówię po angielsku, lub odwrotnie. I tak ciągle 😉 Jak zapewne się domyślacie, jest to praca, w której nosi się krawat 😉

Fot. Łukowicz

Z boku tłumaczenie konferencyjne jest pociągające! Podróże, ciekawi ludzie, poważne obrady i potężne konferencje. Wszystko to zarezerwowane jest jednak wyłącznie dla tych, którzy oprócz wiedzy i umiejętności językowo-komunikacyjnych, potrafią trzymać nerwy na wodzy (i często język za zębami). Nie da się ukryć, że to stresujący zawód i osoby, które nie potrafią poradzić sobie z nim emocjonalnie, nie powinny w ogóle zbliżać się do kabiny tłumaczeniowej.

Moja przygoda z tłumaczeniami zaczęła się w STiJO UAM. Wymieniam tę szkołę ponieważ tam też zaczęła się moja przygoda z elegancją. Otóż dyrektor tej placówki – dr Witold Skowroński – swoim niezwykłym i przemyślanym w każdym detalu stylem, uzmysłowił mi, że wizerunek ma kolosalne znaczenie w pracy tłumacza. Później dał mi numer telefonu do mojego pierwszego krawca … i tak wszystko się zaczęło!

Fot. K. Łukowicz

Chciałbym dzisiaj pokazać Wam przykład zestawu, który założyłbym do pracy podczas konferencji. Na początku muszę jednak dodać, że tłumaczenie symultaniczne zawsze wykonuje się w zespole składającym się z dwóch osób. Moją konKABINĄ 😉 jest Agnieszka (jak widzicie tłumacze robią różne rzeczy po godzinach), która po jakimś czasie siedzenia ze mną w biurze dniami (i często nocami) również połknęła bakcyla elegancji i zaczęła szyć na miarę pod moim okiem. Dzień konferencyjny zwykle zaczynam tak:

Fot. K. Łukowicz

Później myślę „gdzie ona jest?!?!?” …

Fot. K. Łukowicz

… i zaczynam trenować minę, którą zrobię kiedy przyjdzie 😉

Fot. K. Łukowicz

Jednak pomimo, że czasem się droczymy, Agnieszka nigdy jeszcze się nie spóźniła. Za to kiedy już zmierzamy do kabiny, wyglądamy tak…

Fot. K. Łukowicz

… co IMO czyni z nas jednym z najbardziej eleganckich i uśmiechniętych zespołów tłumaczeniowych w kraju 😉

Garnitur

Historia mojego dzisiejszego garnituru jest niesamowita! Otóż mój tata otrzymał go w prezencie od znajomego Holendra. Znajomy ten najwyraźniej myśli, że w Polsce żyją niedźwiedzie polarne i cały czas trwa stan wojenny ponieważ nieustannie, raz do roku, przysyła tacie „dary”, które najczęściej … no cóż, nie przydają się. Jednak gdy zobaczyłem tę dwurzędówkę, postanowiłem przymierzyć ją dla picu. Garnitur był w opłakanym stanie, ale po wstępnych oględzinach dostrzegłem, że gdyby poświęcić mu trochę serca, mógłby wyglądać tak jak wygląda dzisiaj na zdjęciach! Postanowiłem zacząć działać!

Pamiętacie o kaszkietach?

Nowi czytelnicy pewnie nie wiedzą o możliwości zakupu kaszkietów z prawdziwego Harris Tweedu robionych na zamówienie dla czytelników mojego bloga? Koniecznie przeczytaj ten artykuł i spraw sobie stylowe nakrycie głowy na jesień i zimę! Spiesz się! Preorder trwa tylko do 22 VII 2013 !!!

Wracajmy do dwurzędówki!

Rewitalizacja garnituru

Plan rewitalizacji nie był prosty i zajął mi kilka tygodni. Najpierw oddałem garnitur do pralni chemicznej. Kiedy wrócił z radością zauważyłem, że delikatna (około 220 g/mb) włoska tkanina odmłodniała, jest czystsza i nie rozpadła się na kawałki czego trochę się obawiałem. Garnitury RTW (choć to jedyny jaki mam), które są na mnie dobre w ramionach, z reguły są uszyte na kogoś wyższego niż ja dlatego natychmiast oddałem spodnie do skrócenia Zbigniewowi Radlickiemu. Poprosiłem też o dodanie mankietów, których wcześniej nie było.

Największym problemem związanym ze spodniami była dziura o wymiarach około 5×5 mm na udzie z przodu. Konieczna była naprawa spodni, która okazała się możliwe dzięki resztkom materiału zachowanym przez krawca po skracaniu spodni. Po krótkim „badaniu rynku” okazało się, że większość firm oferujących usługę artystycznego cerowania i tak wysyła swoje zlecenia do pracowni Pawlikowski w Łodzi. Zadzwoniłem tam zatem i dokładnie opisałem jak należy naprawić moje spodnie. Muszę powiedzieć, ze zakład wykonał swoje zadanie wspaniale odtwarzając manualnie zarówno splot jak i wzór (!) tkaniny. Widzicie dziurę?

Fot. K. Łukowicz

Kiedy wiedziałem już, ze spodnie można nosić, postanowiłem, zabrać się za marynarkę. Wymieniłem w niej wszystko co można oprócz podszewki. Zmienione zostały guziki, w marynarce pojawiły się nowe, ręcznie robione obszycia dziurek, a także nowe powiększone butonierki. Marynarka została także wytaliowana. Muszę przyznać, że efekt przerósł moje oczekiwania ponieważ garnitur, który odebrałem od krawca wyglądał z zewnątrz praktycznie jak nowy!

Fot. K. Łukowicz

Zestaw

Fot. K. Łukowicz

Czytelnicy, którzy wnikliwie śledzą mój rozwój przypominają sobie pewnie, że jest to garnitur,w którym wystąpiłem jakiś czas temu w polsatowskich informacjach kiedy to oznajmiliśmy światu powstanie stowarzyszenia But w Butonierce. Wtedy wybrałem bardzo prosty zestaw z kontrastującym krawatem. Od tego czasu nosiłem takie zestawy setki razy i zdążyłem się nimi znudzić. Są łatwe do zestawienia, banalne do odtworzenia i oczywiste. Oczywiście nie oznacza to, że jest w nich coś złego, ale uważam, że skoro już poświęcacie czas na czytanie mojego bloga, jestem Wam winien coś więcej. Dlatego tym razem postanowiłem porwać się na nieco głębszą wodę i spróbować zestawu bardziej stonowanego, w któremu charakteru nadaje gra wzorów i subtelny kontrast kolorów. Jestem bardzo zadowolony z efektu. Świetnie sprawdził się tutaj jasnozielony krawat Kaiser z Gentleman’s Choice w drobną kratkę. Zestaw pozwala mi pełnić rolę tłumacza, który przecież jest tłem. Jeśli byliście kiedyś na moich degustacjach, wiecie, że noszę zwykle bardziej fantazyjne kompozycje. To właśnie od tego są ubrania – żeby podkreślać rolę noszącego i pomagać mu ją pełnić. Są momenty, w których ekstremalnie „dandysowaty” wygląd jest bardo niekorzystny dla wizerunku. Są też takie, w których zasada „orły są szare” nie sprawdza się za dobrze.  Najważniejsze jest to, aby ubrania grało na tą samą bramkę co osoba, która je nosi 😉

Nie pomyl faktów! 

To włoski garnitur RTW, który świetnie wygląda na zdjęciach. Nie da się jednak ukryć, że nie został uszyty dla mnie. Nie chciałbym, doprowadzić nikogo do błędnej konkluzji, że można wyskoczyć sobie do second-handu i kupić ganritur, który jest równie dobry jak garnitur bespoke.  Pokazuję Wam dzisiaj ten garnitur bo stoi za nim ciekawa historia. Warto jednak dodać, że nie jest on wolny od wad. Przede wszystkim mój garnitur ma zdecydowanie zbyt mocno podbite ramiona, które pierwszy właściciel podbił dodatkowo (pewnie w poszukiwaniu prostych ramion). Oprócz tego rozporki z tyłu lekko rozchodzą się ponieważ garnitur nie był dopasowany do moich bioder. Garnitur sprawia mi pewien dyskomfort ponieważ spodnie to biodrówki, których już dawno nie noszę. Przydługa marynarka powinna także kierować wprawnego odbiorcę w stronę lat 90tych. No i w końcu, garnitur wykonany z około 220g wełny definitywnie i ostatecznie potwierdza tezę, że tego typu tkaniny nie są dla krępych mężczyzn. Mogę go nosić zaledwie przez kilka godzin.

Podsumowując, garnitur ten dał mi mnóstwo radości i dobrej zabawy z procesu renowacji, a także atmosfery, którą udało mi się nim wytworzyć podczas tych kilku okazji kiedy go nosiłem. Jeśli jednak chciałbym powiedzieć, że to ubranie luksusowe, skłamałbym.

Backstage

Fot. K. Łukowicz

A teraz wybaczcie, zaczyna się konferencja i muszę zamknąć drzwi od kabiny, a Wy musicie być cicho 😉 Od teraz będę komunikować się z Agnieszka wyłącznie jeśli jakaś krytyczna sytuacja absolutnie nas do tego zmusi i będzie to wyłącznie komunikacja niewerbalna 😛

Fot. K. Łukowicz

Na zdjęciach Agnieszka nosi damską dwurzędówkę bespoke. Mój kolejny wpis poświęcę właśnie temu zestawowi.